POD PATRONATEM DIVERSITY INDEX: Błędne koło emigracji zarobkowej

Wyjazdy za pracą to europejska tradycja, bez której wiele gospodarek nie osiągnęłoby swojej silnej pozycji. Jednak szacunek do emigrantów nie idzie w parze z tym, co wypracowali dla danego kraju. Dlaczego?

Tekst Marty Piątkowskiej powstał w ramach cyklu Diversity Index w "Gazecie Wyborczej" (dodatek "Gazeta Praca", 31 marca 2014).

Zgodnie z danymi Eurostatu łączna liczba cudzoziemców przebywających na terytorium państw członkowskich UE w 2012 roku wynosiła ponad 33 mln osób, czyli 7 proc. ludności całej Unii.
 
Polska w tym zestawieniu wypada blado. W ostatnich latach za chlebem wyjechało nas ponad 2 mln, a nowym domem staliśmy się dla zaledwie 100 tys. obcokrajowców. Stanowią oni jedynie 0,2 proc. mieszkańców naszego kraju. To najniższy wskaźnik w całej Unii Europejskiej.
 
Na tak fatalną sytuację największy wpływ mają bariery prawne, które muszą pokonać cudzoziemcy, którzy chcą podjąć u nas pracę. Wiele przepisów wzajemnie się wyklucza. Weźmy na przykład pielęgniarki i lekarzy. Osoby te nie mogą podjąć pracy bez posiadania zezwolenia na pobyt długoterminowy. A jego nie można z kolei dostać bez pozwolenia na pracę. Do wydania takiego pozwolenia konieczne jest posiadanie zezwolenia na pracę i nostryfikowanie dokumentów poświadczających kwalifikacje do wykonywania zawodu. - Cały proces trwa około 100 dni, co niesłychanie ogranicza możliwości cudzoziemców - mówiła Ksenia Naranovich z Fundacji Rozwoju "Oprócz Granic" podczas zebrania Rady Różnorodności, ustanowionej przez Konfederację Lewiatan w ramach projektu Diversity Index.
 
O trudnej doli emigrantów oraz ich znaczeniu dla rozwoju gospodarczego Unii Europejskiej. 
 
Rozmowa z Anną Piłat, analityczką ds. migracji w Instytucie Spraw Publicznych 
 
Marta Piątkowska: Zarobkowy wyjazd za granicę przestał być oznaką odwagi. Coraz częściej słyszę opinię, że emigranci to grupa, która nie poradziła sobie w ojczyźnie. Zasługują na tak surową ocenę?
 
Anna Piłat: W ostatnich latach sposób postrzegania emigrantów się zmienił. Zanim w 2004 roku Wielka Brytania otworzyła przed nami swoje granice, osoby, które zdecydowały się na wyjazd, były postrzegane jako żądne sukcesu, znające języki, zaradne, zdeterminowane. Teraz, kiedy wyjechać może każdy, a w kraju panuje duże bezrobocie, emigracja może być kojarzona z ucieczką, niekiedy pójściem na łatwiznę. Pojawiają się pytania "Jak to, skończyłeś studia, masz zawód, a jedziesz zmywać naczynia albo ścielić łóżka w hotelu?". To krzywdzące podejście. Ten, kto nigdy nie musiał opuścić rodzinnego domu za chlebem, nie rozumie, jakie to poświęcenie.
 
Jaką cenę płacą emigranci za możliwość zarabiania pieniędzy?
 
- Najczęściej dramatycznie obniża się ich status społeczny. Przestają być sąsiadami, nauczycielami, specjalistami, dla nowego otoczenia stają się transparentni. Nie mają swojej historii, korzeni, są oddzieleni od kultury, którą znają. Często pojawia się bariera językowa, więc w mniejszym stopniu są w stanie pokazać swoją osobowość, wykazać się wiedzą czy poradzić sobie w sytuacji, z którą nie mieliby najmniejszego problemu w ojczyźnie.
 
Niewiele osób jest w stanie odbudować szybko swój status społeczny, stać się za granicą tym, kim byli przed przyjazdem. Jednym wynagradzają to zarobki, inni nie mogą się odnaleźć i wracają nie dlatego, że im się nie udało zawodowo, po prostu nie mogli się odnaleźć społecznie.
 
Nie wszyscy emigranci traktowani są w ten sam sposób. Ci przyjeżdżający z Zachodu rzadko kiedy parają się prostymi pracami.
 
- Wszystko zależy od poziomu rozwoju gospodarczego kraju, jego pozycji w Europie. Prosty przykład, jeszcze pięćdziesiąt lat temu Hiszpanie czy Włosi byli rekrutowani jako tania siła robocza do Niemiec. Potem im się poprawiło, więc przestali tak licznie przyjeżdżać i sami stali się krajem przyjmującym dużą liczbę migrantów. Teraz, kiedy znów jest gorzej, historia może się powtórzyć.
 
O statusie emigrantów często decyduje status finansowy, jaki osiągnęli w ojczyźnie. Jeżeli ktoś był dyrektorem w banku na Ukrainie, to w Polsce również będzie traktowany jak specjalista najwyższego szczebla i jego pochodzenie nie będzie miało większego znaczenia. To dlatego zachodni przyjezdni zwykle piastują wyższe stanowiska, bo startują z mocnych pozycji.
 
Efekt jest taki, że absolwent historii sztuki wykłada kafelki, a biolożka sortuje śmieci.
 
- Na pracę poniżej swoich kwalifikacji skazana jest większość emigrantów, przynajmniej na początkowym etapie pobytu w nowym kraju. Zdarza się to bardzo często i na razie nic nie zapowiada zmiany.
 
Dlaczego?
 
- Wiadomo, że osoby, które wyjechały z braku perspektyw, zgodzą się wykonywać pracę, której w normalnych warunkach nigdy by nie przyjęły. I wiele światowych gospodarek to wykorzystuje. Niemcy po wojnie odbudowały swoją gospodarkę dzięki zewnętrznej taniej sile roboczej. Na ich obecny sukces pracowali m.in. Turcy, którzy po tym, jak wykonali swoją pracę, zaczęli być traktowani jak problem społeczny. Dzisiaj ta nacja nie jest w Niemczech postrzegana najlepiej i nikt się już nie zastanawia, jak wielką rolę odegrali w odbudowie gospodarki po wojnie.
 
Holandia, Francja, Wielka Brytania - te kraje w pierwszej kolejności zaczęły rekrutować obywateli ze swoich byłych kolonii, a teraz w politycznej rozgrywce niektórzy traktują ich jak problem, który trzeba rozwiązać.
 
Na razie na Polaków skarżą się Brytyjczycy i Holendrzy.
 
- Brytyjski i holenderski wątek łączy jedno, pracuje tam wielu Polaków i w obu krajach w ostatnich latach wykorzystuje się argumenty przeciwko migracji w walce o głosy wyborców. Można z tego wyciągnąć wniosek, że niektórym byłoby na rękę, gdybyśmy przyjechali zrobić swoje, a następnie spakowali walizki i wrócili do domu.
 
Niestety, to tak nie działa. Naturalnym odruchem człowieka na obczyźnie jest próba odbudowania swojej społeczności, nawiązania więzi, jeżeli są możliwości, sprowadzenia najbliższych. W końcu osiedlenia się.
 
To dla nas mocna lekcja na przyszłość. Jeżeli zdecydujemy się korzystać z czyjejś pracy, nie możemy potem go piętnować za nasz kryzys czy niepowodzenia.
 
Na razie nie jesteśmy atrakcyjnym celem wyjazdów zarobkowych. Czyżby legendarna polska gościnność była przereklamowana?
 
- Polska nie ma oficjalnej polityki rekrutacji pracowników spoza swoich granic. Relatywnie trudno też u nas zdobyć pozwolenie na legalną pracę i pobyt. Nie spotkałam się z żadną kampanią za granicą, która namawiałaby obcokrajowców do przyjazdu do nas, chociaż miejsca pracy mogłyby się dla nich znaleźć. Polska nie jest zatem jeszcze bardzo atrakcyjnym krajem dla imigrantów. Kiedy podczas konferencji wymieniamy się danymi z zagranicznymi badaczami, są zdziwieni, że w naszym kraju skala migracji jest tak niewielka.
 
Oczywiście, przyjeżdżają do nas Ukraińcy, Rosjanie, Ormianie czy Gruzini, ale jest ich, w skali europejskiej, naprawdę niewielu. Ci, którym udaje się zostać na dłużej, bardzo często po osiągnięciu względnej stabilizacji jadą dalej na Zachód, bo tam zarobią jeszcze więcej. Traktują Polskę trochę jako bazę wypadową.
 
Dla kogoś jesteśmy krajem docelowym?
 
- Z pewnością. Na przykład dla wielu migrantów z Ukrainy, którzy kończą w Polsce studia, lub dla Wietnamczyków, Chińczyków, Hindusów czy Turków, którzy przyjeżdżają do nas, żeby zakładać firmy. To nie są pracownicy najemni, tylko przedsiębiorcy. To bardzo istotne, ponieważ obalają mit, że emigranci zabierają pracę. Co więcej, oni ją nawet dają.
 
Ale głównie swoim rodakom.
 
- Niekoniecznie. Język polski nie należy do najłatwiejszych, a ich biznesy oparte są głównie na usługach i handlu, więc potrzebują osób do kontaktu z klientami. Na szczeblu biznesowym się nie odcinają.
 
Kiedyś pożałujemy braku polityki imigracyjnej?
 
- Szybciej niż myślimy. Teraz jeszcze gospodarka się trzyma, nie brakuje rąk do pracy, ale za kilka lat, kiedy społeczeństwo się zestarzeje, a część młodych wyjedzie na Zachód, okaże się, że pracownicy ze Wschodu bardzo by nam się przydali, tylko ich zatrudnienie jest bardzo skomplikowane.
 
Jako społeczeństwo sprawdzilibyśmy się w roli drugiego domu dla obcokrajowców?
 
- Jeżeli wyciągniemy wnioski z doświadczeń naszych wyjeżdżających i nie będziemy traktować przyjezdnych z góry, to jak najbardziej.
 
Trzeba jednak przyznać, że pokusa, żeby traktować imigrantów gorzej, jest spora. Osoba, która nie ma pełni praw, ma ograniczenia językowe, często staje się łatwym celem. Są tacy, którzy bez skrupułów potrafią wykorzystać bezradność drugiego człowieka i np. nie zapłacić mu za pracę lub nie okazywać mu należnego szacunku.
 
Istnieje również tendencja traktowania na dystans osób, które na drabinie społecznej stoją niżej. Weźmy na przykład Ukrainki, do których przylgnęła łatka sprzątaczek. Nie dość, że jako cudzoziemki startują z trudniejszej pozycji, to jeszcze wykonują prace domowe, które nie są u nas doceniane. Ich pozycja jest słaba, chociaż darzymy je sympatią.
 
Musimy jako społeczeństwo się pilnować, żeby traktować imigrantów jako równych sobie, szczególnie jeśli oczekujemy tego samego wobec naszych obywateli za granicą.
 
Czy w dobie otwartych granic i coraz większego przepływu emigrantów ich pozycja będzie rosła?
 
- Nie sądzę. Emigracja przypomina błędne koło, nowo przyjezdni od zawsze musieli wspinać się na drabinie społecznej. Kiedy znaleźli się kilka stopni wyżej, zaczynali trochę gnębić tych, którzy znaleźli się na ich miejscu. Często słyszymy opinię chociażby od osób, które wyjechały do Wielkiej Brytanii, że najgorsze co można zrobić, to pracować za granicą dla Polaka.
 
To nie jest tylko nasza przypadłość, tak się dzieje od lat we wszystkich kulturach. Nie oznacza to jednak, że sami musimy podtrzymywać tę niechlubną tradycję. Zmiany najlepiej zaczynać od siebie. Wystarczy wyzbyć się uprzedzeń i stereotypów. 
 
Polska nie ma oficjalnej polityki rekrutacji pracowników spoza swoich granic. Relatywnie trudno też u nas zdobyć pozwolenie na legalną pracę i pobyt. 
 
 

Serwis internetowy Diversity Index używa cookies i podobnych technologii. Więcej informacji w Polityka cookies

^ Wróć na górę