Kategorie !

Pobierz wskaźnik DIVERSITY INDEX

Przewodnik po zarządzaniu różnorodnością

Warto przeczytać !

Niepełnosprawni w pracy: pięć milionów powodów, żeby ich zatrudniać

Niepełnosprawni to ponad 12 proc. społeczeństwa - czyli 5 mln osób. Część ukończyła studia, ma doświadczenie i specjalistyczną wiedzę zawodową, ale pracodawcy ich unikają. Czy słusznie? Artykuł powstał we współpracy Diversity Index z "Gazetą Wyborczą". Autorka tekstu: Marta Piątkowska, "Gazeta Wyborcza".

Andrzej Kawa, właściciel firmy Glutenex k. Poznania, największego w Polsce producenta żywności dla diabetyków oraz osób na diecie bezglutenowej i niskobiałkowej.
 
Zatrudniam 80 pracowników, połowa z nich to osoby niepełnosprawne umysłowo, oraz niesłyszące i niemówiące.
 
Zakładem pracy chronionej staliśmy się po 10 latach działalności w 1995 roku. W rodzinie mieliśmy wypadek i postanowiłem zrobić wszystko, żeby pomóc niepełnosprawnym w regionie.
 
To nie jest proste, bo działamy w branży spożywczej, nasze produkty sprzedawane są w całej Europie i musimy spełniać wiele restrykcyjnych wymogów sanitarnych. Żeby utrzymać czystość i higienę na najwyższym poziomie, w całym zakładzie są kamery. Gdy któryś z niepełnosprawnych pracowników idzie do toalety, osoba odpowiedzialna za monitoring obserwuje, czy wychodząc umył ręce. Jeżeli nie, to nadawany jest komunikat "proszę umyć ręce" - nigdy po imieniu czy nazwisku. To nie jest ich zła wola czy niedbalstwo, czasem ktoś po prostu zapomni.
 
Na dwóch niepełnosprawnych pracowników przypada jeden zdrowy brygadzista. Sprawdza, czy wszystko dobrze wykonują, reaguje, jeżeli mają problem. To bardzo ambitne osoby, które wiele od siebie wymagają i to, co robią, chcą wykonywać jak najlepiej. Dlatego potrafią się zdenerwować, jeżeli coś im nie wychodzi. Brygadzista ich wtedy uspokaja i pomaga wrócić do pracy.
 
Zarządzanie pracownikami niepełnosprawnymi, szczególnie tymi umysłowo, jest bardziej angażujące. Wiele czynności wykonują wolniej, muszą robić dłuższe przerwy, czasem tracą zręczność i zamiast postępu obserwujemy regres, ale to są bardzo szczere i wdzięczne osoby. Wiem, że jeżeli do mnie przychodzą i mówią, że cieszą się, że mogą tu pracować, albo za coś dziękują, to jest to prawdziwe i niewymuszone. 
 
Staramy się przyjmować każdego niepełnosprawnego, który chce u nas pracować. Współpracujemy z okolicznymi szkołami specjalnymi, młodzież ma u nas praktyki, niektórzy zostają później w firmie.
 
Bardzo ważne jest obserwowanie tego, jak czują się niepełnosprawni, czy dobrze wykonują swoje obowiązki. Jedni nadają się do tego, żeby dawać im coraz bardziej odpowiedzialne zadania, np. na linii produkcyjnej i przy żywności, a inni cały czas będą pakować pudełka czy naklejać etykietki.
 
Najstarszy stażem pracownik jest z nami od czasu, gdy zostaliśmy zakładem pracy chronionej. Większość załogi jest w wieku 30-35 lat. 
 
Przeciętne wynagrodzenie wynosi 1,6-2 tys. zł brutto. Niektórzy dzięki pracy usamodzielnili się, mamy kilka małżeństw, które u nas się poznały. Są też osoby ubezwłasnowolnione, które całe życie będą od kogoś zależne, a u nas mogą poczuć się ważne i potrzebne.
 
Kiedyś na wsiach niepełnosprawne dzieci trzymało się w domu i ukrywało przed sąsiadami. Dziś jest trochę lepiej, ale wciąż daleko od tego, jak chciałbym, żeby to wyglądało. 
 
Kiedy zamieniałem firmę na zakład pracy chronionej, byli tacy, którzy mówili, że nie nadaję się do prowadzenia biznesu, bo firma to nie zakład opiekuńczy. Uważałem, że to oni nie mają racji. Dziś, po prawie 30 latach działalności jesteśmy nagradzaną i docenianą marką, a mój syn, który powoli przejmuje zarządzanie, także nie wyobraża sobie, żeby w firmie miało nie być osób niepełnosprawnych.
 
Moja filozofia jest prosta - nie samym chlebem człowiek żyje, a pomaganie innym wzbogaca bardziej niż pieniądze.
 
Łukasz Bednarski, 35 lat, absolwent pedagogiki specjalnej, porusza się na wózku, nie ma pełnej władzy w rękach
 
(Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)
 
Jako nastolatek interesowałem się żeglugą śródlądową. Statki, morze, pływanie - to była moja pasja. Wakacje spędzałem na Mazurach. Podczas rejsu jachtem po jeziorze Śniardwy skoczyłem na główkę, trafiłem na mieliznę. Koledzy wynieśli mnie z wody, karetką pojechałem do szpitala w Piszu, potem helikopter przewiózł mnie do Konstancina, gdzie przeleżałem trzy miesiące. Miałem 18 lat, zamiast zdawać maturę, musiałem nauczyć się żyć na nowo.
 
Ograniczenia mnożyły się z dnia na dzień. Mieszkaliśmy na drugim piętrze w bloku bez windy, więc opuszczenie mieszkania to była wyprawa, w którą angażowało się kilka osób. Korytarze stały się za ciasne. Wózek nie mieścił się między meblami, część trzeba było wyrzucić. Żebym poruszał się między pokojami, wymontowaliśmy drzwi z futryn, a potem same futryny. Każdy centymetr był na wagę złota.
 
Nie poddałem się dzięki rodzicom, którzy postawili sprawę jasno - jest jak jest, musisz zrobić wszystko, żeby funkcjonować w miarę normalnie.
 
Niedługo po wypadku mieliśmy bardzo ciężki rok. Najpierw ukradziono nam samochód dostosowany do tego, żeby w bagażniku mieścił się wózek. Potem zmarł mój tata, a mama trafiła do szpitala. Za dwa miesiące miałem zdawać maturę.
 
Nie poddałem się. Zrobiłem prawo jazdy. Mogłem nie tylko jeździć na rehabilitację, ale też dojeżdżać na studia. Złapałem pierwszą pracę. To była firma telemarketingowa. Przez dwa lata pokonywałem dzień w dzień po 50 km, żeby dostać się do biura. Potem przeniosłem się do wydawnictwa, a następnie wróciłem do sprzedaży telefonicznej, tylko że na stanowisko kierownicze. Miałem swój zespół, odpowiadałem za jego wyniki.
 
Pedagogika specjalna, którą ukończyłem, okazała się kierunkiem, który dawał zupełnie inne możliwości zawodowe, niż sobie wyobrażałem. Wiedziałem, że w wyuczonym fachu pracować nie będę.
 
Poszedłem na spotkanie do Integracji - fundacji, która wspiera osoby niepełnosprawne również w szukaniu pracy. Zamiast skierować mnie do firmy, z którą współpracują, zapytali, czy nie chciałbym do nich dołączyć. Zostałem pośrednikiem pracy, teraz jestem doradcą zawodowym. Pomagam osobom w sytuacji podobnej do mojej znaleźć zatrudnienie.
 
Jak na osobę niepełnosprawną nie miałem większych problemów na rynku pracy. To dlatego, że nie uważałem, iż fakt jeżdżenia na wózku jakoś mnie ogranicza w sferze zawodowej. Osoby, które kiedyś były sprawne, poznały inne życie, lepiej radzą sobie na rynku pracy niż ci, którzy od urodzenia zmagają się z ograniczeniami. Choć i to powoli się zmienia, bo coraz więcej młodych, szczególnie z dużych miast, przestaje się zamykać w domach. Obserwuję warszawskie realia. Niepełnosprawni mają dostęp do wielu szkoleń. Na przykład osoby niewidome uczą się obsługi komputera i z osób, które miały najmniejsze szanse na zatrudnienie, stają się poszukiwanymi pracownikami.
 
Aparaty słuchowe są tak dobre, że niesłyszący i niedosłyszący doskonale funkcjonują w pracy biurowej i mogą rozmawiać przez telefon. Ich sposób komunikacji jest bardziej konkretny i zwięzły i przez to doskonale sprawdzają się w pracach technicznych, magazynach, wykonując określone zadania itd.
 
W przypadku osób z problemami ruchowymi wystarczy podjazd dla wózków, winda, biurko odpowiedniej wielkości, żeby mogły swobodnie usiąść i przystosowana toaleta. To żadna filozofia. Mimo wszystko wciąż są firmy, które wolą płacić po 100 tys. zł kary miesięcznie na PFRON, niż zatrudnić niepełnosprawnego.
 
Robert, 36 lat, wykształcenie wyższe, od 6 lat mieszka w Warszawie
 
Przez 10 lat pracowałem fizycznie, bo chciałem, mogłem i lubiłem. Osobą niepełnosprawną stałem się w 2011 roku, kiedy po operacji wielopoziomowych przepuklin w odcinku lędźwiowym kręgosłupa, których nabawiłem się od dźwigania ciężkich przedmiotów, okazało się, że cudem uniknąłem wózka. Mimo leczenia nigdy nie wrócę do pełnej sprawności. Poruszam się normalnie, jednak nie wolno mi dźwigać. Niby niewiele, ale zamyka mnóstwo możliwości.
 
Ukończyłem technikum i studia zaocznie z ochrony środowiska, ale ani jednego dnia nie przepracowałem w wyuczonym zawodzie. Wolałem pracę w sklepach budowlanych. Interesowało mnie to, poza tym lubię bezpośredni kontakt z klientem. Zawsze można było z kimś porozmawiać, doradzić, dowiedzieć się czegoś ciekawego. Problem w tym, że sklepy, w których byłem zatrudniony, nie miały urządzeń do przenoszenia ciężkich przedmiotów. Wszystko targałem sam.
 
Kiedy na początku pobolewały mnie plecy, niewiele sobie z tego robiłem - młodego, silnego chłopaka nic nie ruszy. Zmieniłem zdanie, kiedy wyjechałem na trzy miesiące za granicę do pracy na budowie. Po powrocie bardzo bolały mnie plecy, jednak cały czas byłem przekonany, że to nic wielkiego. Zrobiłem rezonans magnetyczny. Wynik - przepuklina wielopoziomowa kręgosłupa lędźwiowego.
 
Ból stawał się nie do zniesienia i powodował niedowład nogi. Cały dzień leżałem, bo wtedy najmniej cierpiałem. Lekarze mówili, że rehabilitacja mi wystarczy, niektórzy wręcz odradzali operację.
 
Przeprowadziłem się z Radomia do Warszawy. Zatrudniłem się przy produkcji kosmetyków, gdzie mimo wszystko nie udawało mi się oszczędzić kręgosłupa. Kiedy po jednym dniu nieobecności pracodawca dowiedział się, co mi dolega, zostałem zwolniony. Szef tłumaczył, że nie chce mieć kłopotów.
 
W końcu poszedłem na prywatną wizytę do profesora, który operował w Warszawie. Przez cztery lata próbował mnie leczyć, ale w końcu była potrzebna operacja.
 
Od 2011 roku mam drugą grupę inwalidzką. Przyjąłem to normalnie. Mam niepełnosprawną siostrę cioteczną i widziałem, że funkcjonuje w miarę normalnie.
 
Rozczarowanie przyszło, kiedy zacząłem szukać pracy. Okazało się, że większość ofert dla niepełnosprawnych dotyczy pracy na kasie, w ochronie albo przy sprzątaniu. Na kasie pracować nie mogę, bo tam się też dźwiga i przenosi towary. W branży ochroniarskiej też się nie widzę. W razie czego może bym dogonił bandytę, ale jego obezwładnienie czy jakakolwiek bójka mogłyby się dla mnie źle skończyć. Pilnować szlabanu na parkingu nie chcę. Mam 36 lat, jestem młody, poza dźwiganiem ciężkich przedmiotów w pełni sprawny, nie chcę pracować jak emeryt. Czy to, że zdrowie mnie zawiodło, oznacza, że powinienem schować ambicje i marzenia do kieszeni?
 
Miałem szczęście. Po miesiącach poszukiwań dostałem pracę biurową w administracji państwowej. Mam nadzieję, że uda mi się utrzymać tę pracę jak najdłużej. 
 
Źródło: "Gazeta Praca"
Dodany: 16 grudnia 2013 Kategoria: Ogólne
 

Serwis internetowy Diversity Index używa cookies i podobnych technologii. Więcej informacji w Polityka cookies

^ Wróć na górę